W Polsce po drugiej wojnie światowej obalono kapitalizm
i zastąpiono go nowym ustrojem, którego nazwę wymyślił Stalin: demokracją
ludową. Później zaczęto nazywać go socjalizmem, a gdy upadł, okrzyknięto
mianem komunizmu.
Żadna z tych nazw nie miała sensu. Gen. Jaruzelski
powiedział ostatnio, że w Polsce nigdy nie było komunizmu – i ma
rację. Socjalizmu ani jakkolwiek pojętej „demokracji ludowej” też nie było.
Co zatem było? Jeszcze Polska Ludowa nie zamajaczyła na
horyzoncie, na wojnę światową dopiero się zanosiło, a Stalin rozwiązywał
Komunistyczną Partię Polski i mordował jej działaczy, a już niektórzy
marksiści, studiując realia radzieckie, postawili diagnozę społeczną i sformułowali
prognozę polityczną, które „jak ulał pasują” do Polski Ludowej wyjaśniając
nawet wydarzenia 1989 r.
Rzadko ich wówczas słuchano. Zdecydowanie częściej trafiali
do więzień i łagrów. Nie mogli czuć się bezpiecznie nawet w najbardziej
odległych częściach świata – agenci stalinowskiej policji politycznej
zamordowali Trockiego w Meksyku. To właśnie Trocki był pierwszym, który
stwierdził, że „socjalizm” w ZSRR – podobnie jak później „demokracja
ludowa” w Polsce – to w rzeczywistości rozdarte ogromnymi
sprzecznościami społeczeństwo przejściowe między kapitalizmem a socjalizmem,
którym włada wyobcowana i pasożytnicza warstwa biurokratyczna.
„Prognoza polityczna ma charakter alternatywy”, pisał Trocki
w 1938 r. „Albo biurokracja, coraz bardziej stająca się organem światowej
burżuazji w państwie robotniczym, obali nowe formy własności i odrzuci
kraj do kapitalizmu, albo klasa robotnicza rozgromi biurokrację i utoruje
drogę do socjalizmu.” Prosocjalistyczne elementy biurokracji, „stanowiące
niewielką mniejszość, odzwierciedlają, co prawda biernie, socjalistyczne
interesy proletariatu”. Prokapitalistyczne elementy, „które nieustannie rosną,
wyrażają coraz bardziej konsekwentnie interesy światowego imperializmu”.
Słusznie uważają one, że na dłuższą metę rządząca warstwa biurokratyczna może
zabezpieczyć swe uprzywilejowane pozycje tylko prywatyzując środki produkcji
i majątek ogólnospołeczny, aby się uwłaszczyć, „w imię przyswojenia
«cywilizacji zachodniej», tj. kapitalizmu”. W rezultacie „każdy zbędny
dzień jej panowania podkopuje socjalistyczne elementy gospodarki i zwiększa
szanse restauracji kapitalizmu”.
Gdy dziś patrzy się na historię Polski Ludowej, widać
wyraźnie cały proces rozkładu znacjonalizowanej gospodarki zarządzanej przez
warstwę biurokratyczną, łącznie z końcowym załamaniem się systemu.
Branżowo-terytorialne grupy nacisku w łonie warstwy rządzącej coraz
bardziej agresywnie wydzierały sobie fundusz inwestycji. Pod ich naciskiem
rosły wydatki na inwestycje kosztem wydatków na konsumpcję, co pociągało za
sobą obniżenie stopy życiowej społeczeństwa. Jednocześnie ogromne środki
inwestycyjne były marnotrawione. Biurokratyczna organizacja pracy uniemożliwiła
postęp techniczny, który podniósłby wydajność pracy. Śrubowano więc normy, co
tylko wywoływało opór robotników. Kryzysy były coraz częstsze i coraz
ostrzejsze.
O kontroli pracowniczej nad produkcją, nie mówiąc już
o samorządności robotniczej, o uspołecznieniu planowania, opartym na
demokratycznym, racjonalnym określaniu priorytetów w dziedzinie rozwoju
i zaspokajania potrzeb społecznych, o wolnościach związkowych i innych
swobodach demokratycznych, o wielopartyjności nie mogło być mowy. Władza
biurokratyczna była krucha: każde ustępstwo zagrażało jej trwałości. Zatem,
jeśli w jednym miejscu „popuściła”, to prędzej czy później odebrała to
sobie w innym.
W grudniu 1981 r. biurokracja przestraszyła się siły
niezależnego ruchu robotniczego, więc go rozgromiła. Gdy Gomułka powoli zdusił
ruch rad robotniczych, który rozkwitł w 1956-1957 r., gospodarka
wciąż dysponowała zasobami, które pozwoliły pierwszemu sekretarzowi na „małą
stabilizację”. Jaruzelski po stanie wojennym nie mógł zapewnić nic podobnego.
System wyczerpał już swoje możliwości rozwojowe.
Tu potwierdza się stara teza niektórych marksistów, zgodnie
z którą w społeczeństwie przejściowym władza biurokratyczna nie tylko
względnie hamuje rozwój sił wytwórczych, ale w miarę upływu czasu, w coraz
większym stopniu hamuje go bezwzględnie. Uczeni w piśmie – w gniotach
urzędowej ideologii „marksistowsko-leninowskiej” – profesorowie z Akademii
Nauk Społecznych tego nie widzieli. Dostrzegli to natomiast co inteligentniejsi
doradcy Reagana, którzy w 1982 r. napisali w jego słynnym
przemówieniu, że w bloku radzieckim „widać strukturę polityczną, która nie
jest już zgodna ze swoją bazą ekonomiczną, społeczeństwo, w którym siły
wytwórcze są skrępowane przez siły polityczne.” Trzeba ich jednak poprawić:
władza biurokratyczna jako struktura polityczna nigdy nie była zgodna z bazą
ekonomiczną społeczeństwa przejściowego.
Wojna ekonomiczna wypowiedziana przez Reagana zrobiła swoje.
Nasi byli biurokraci twierdzą, że w rozreklamowanej przez nich książce pt.
„Victory czyli zwycięstwo” Petera Schweizera autor wykazuje czarno na białym,
iż to właśnie ta presja doprowadziła do upadku „realnego socjalizmu”. Jednak
nawet taki apologeta polityki ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, jak
Schweizer, nie twierdzi, że to ona wywołała kryzys, lecz jedynie go zaostrzyła.
Drugim ważnym czynnikiem międzynarodowym było zielone światło, które biurokracji
w całym bloku dał nowy przywódca na Kremlu, Gorbaczow. Z jego
dyskretnym błogosławieństwem biurokratyczne szczury mogły już uciekać z tonącego
okrętu „realnego socjalizmu” ku brzegom światowego kapitalizmu.
Drogę ucieczki utorowały im w 1988 r. ustawy
o działalności gospodarczej z grudnia 1988 r., podyktowane
Sejmowi przez kierownictwo PZPR i rząd Rakowskiego z inicjatywy
liberała ekonomicznego, ministra przemysłu Mieczysława Wilczka. Neoliberałowie
z Centrum im. Adama Smitha czczą go jak cudotwórcę, gdyż doprowadził do
„wprowadzenia przez komunistyczne – było nie było – władze ustaw, które stały
się konstytucją polskiej nieskrępowanej przedsiębiorczości”, czyli restauracji
kapitalizmu (dziś Wilczek zalicza się do setki najbogatszych Polaków).
W lutym 1989 r., zaczęły się rozmowy „przy okrągłym
stole”. Opozycja, z którą władza zasiadła do tego stołu, wciąż
legitymowała się wobec społeczeństwa marką pierwszej „Solidarności”, ale już
parła ku kapitalizmowi i miała mocne oparcie polityczne w mocarstwach
imperialistycznych. Dzięki temu tylko ona mogła wymanewrować i ubezwłasnowolnić
klasę robotniczą, zapewnić względny spokój społeczny i podstawić szczurom
kładkę prowadzącą na Zachód – co było nieodzowne do przejścia od „realnego
socjalizmu” do kapitalizmu.
Literę porozumień „okrągłostołowych” można interpretować na
różne sposoby, ale to jałowe zadanie, bo w istocie były one zasłoną dymną.
Liczył się ich duch, który szybko wyszedł na jaw. Był to faktycznie układ
między prokapitalistyczną biurokracją, jeszcze upstrzoną skrawkami ideologii
„realnego socjalizmu”, a prokapitalistyczną opozycją, jeszcze w przebraniu
obrońcy interesów pracowniczych i ogólnospołecznych.
Dalszy bieg wydarzeń w znacznej mierze wymknął się
biurokracji spod kontroli. Miała współrządzić, a tymczasem utraciła władzę
polityczną na korzyść opozycji. Spora część biurokracji nie „załapała się” na
kapitalizm, to znaczy nie zdołała się uwłaszczyć. Nie zmienia to w niczym
postaci rzeczy. Wbrew zmasowanym mitom, szerzonym przez prawicę, rzekomy „komunizm”
nie został w Polsce obalony. Rządząca pseudokomunistyczna biurokracja sama
rzuciła się w objęcia światowego kapitalizmu, ponieważ bez uwłaszczenia
się nie mogła dalej sprawować władzy i ugruntować swoich przywilejów.
Prawdziwa lewica powinna postawić sobie pytanie: dlaczego
klasa robotnicza nie rozgromiła biurokracji i nie utorowała drogi do
socjalizmu? Dlaczego z alternatywy sformułowanej przez Trockiego „albo
biurokracja i kapitalizm, albo klasa robotnicza i socjalizm”
zrealizował się ten pierwszy? W tak krótkim artykule nie sposób na nie
odpowiedzieć. Trzeba jednak to zrobić, aby z tej porażki wyciągnąć wnioski
polityczne na przyszłość.
Drukuj
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |