Obchodzono ostatnio hucznie święto 4 czerwca pod pretekstem
20 rocznicy obalenia komunizmu. Już samo to pojęcie jest metodologicznie
nietrafne.
Komunizm jest konstrukcją teoretyczną, dalekosiężnym punktem
docelowym, do którego dążą komuniści, a nie praktyką ustrojową. Jednak
najtęższe nawet umysły ochoczo przyswoiły sobie tę formułkę wymyśloną przez
dość prymitywnie myślącą teoretyczkę myśli politycznej – Joannę Szczepkowską.
Przyswoiły, gdyż było to im wygodne do wprowadzania w życie ustaw
dekomunizacyjnych czy też dziwolągów prawnych pod nazwą zbrodnia komunistyczna.
Tak jakby w najnowszej historii Polski nie było zbrodni
antykomunistycznych popełnianych przez zbrojne podziemie.
Sporna chronologia
obalania
Jednak i to mocno naciągane nazewnictwo nijak nie
przystaje do faktów historycznych. Cóż bowiem wydarzyło się w dniu 4
czerwca 1989 r.? Odbyły się wybory, których wynik został wcześniej
ustalony w wyniku porozumienia zawartego przy Okrągłym Stole. Z góry
było wiadomo, że 65 procent mandatów sejmowych przypadnie rządzącej wówczas
koalicji PZPR-ZSL-SD. O wyborach do Senatu nie wspominam, ponieważ jako
izba wyższa ma niższe od Sejmu umocowanie w polskim systemie politycznym.
W dniu 4 czerwca świętowano zatem rocznicę wydarzenia, które można by
określić jako farsę wyborczą. Następnego dnia, tj. 5 czerwca, nawet najbardziej
wnikliwi obserwatorzy nie zauważyli zmiany ustroju. Nadal nie było
prywatyzacji, bezrobocia, płatnej służby zdrowia, tudzież innych radości życia,
jakie niesie nam obecny ustrój. „Komunizm” trwał nadal, choć ponoć się
skończył.
Wynik niedemokratycznych wyborów czerwcowych utrwalał
panowanie dotychczasowych wspomnianych wyżej sił politycznych z PZPR na
czele. Układ ten został w pewnym momencie obalony przez szefów ZSL i SD.
Można zatem powiedzieć, że tzw. komunizm obalili do spółki Malinowski z Jóźwiakiem
i to na ich cześć świętujący rocznicę powinny piać hymny pochwalne. Obaj
wspomniani wyżej panowie wyszli na tym jak przysłowiowy Zabłocki, znikając ze
sceny politycznej. Mówi się, że rewolucja pożera własne dzieci. W tym
przypadku dzieci same wystawiły się na żer rewolucji. Zjednoczone Stronnictwo
Ludowe po zmianie nazwy utrzymuje się do dziś na powierzchni życia politycznego
jako koalicjant do wynajęcia – innymi słowy polityczna kurtyzana. Jego
przywódca nie przypomina nie tylko Witosa, lecz nawet Pawlaka z filmu
„Sami swoi”. Z ludowca, którego rolę grał za czasów rządów SLD,
przekształcił się w liberała rządzącego gospodarką pod dyktando PO.
W gorszej sytuacji znalazło się Stronnictwo Demokratyczne, które
całkowicie wypadło z gry. Widocznie w państwie demokratycznym nie ma
zapotrzebowania na partię odwołującą się w swej nazwie do demokracji, co
potwierdza także los demokratów.pl.
Jednakże nawet po koniunkturalnej wolcie PZPR-owskich
sojuszników utrzymywał się okres przejściowy – od dyktatury aparatu do
dyktatury kapitału. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego nad newralgicznym
resortem spraw wewnętrznych nadal panował Czesław Kiszczak, a prezydentem
był Wojciech Jaruzelski. Ten z lekka paranoidalny układ skończył się wraz
z wymiksowaniem z rządu „komunistycznych” funkcjonariuszy i wyborem
Lecha Wałęsy na prezydenta. Ostatecznym uhonorowaniem tego procesu była zmiana
nazwy państwa, które pozbyło się uciążliwego i nijak nieprzystającego do
rzeczywistości przymiotnika Ludowa.
Można, oczywiście, argumentować, że wybory 4 czerwca
uruchomiły cały proces zmian ustrojowych. Można, lecz taka argumentacja jest
pozbawiona logicznego sensu. Początkiem procesu była, bowiem dwustronna zgoda
na ustawienie Okrągłego Stołu i rozpoczęcie debaty, która w konsekwencji
doprowadziła do kontraktowych wyborów. Ponadto przypisywanie sobie tzw. zasługi
w obaleniu ówczesnego ustroju jest wyrazem megalomanii rządzących polską
elit. Nie uwzględnia ona całej otoczki międzynarodowej. Nie chodzi tu nawet
o Gorbaczowa ani pozbycie się strachu przed radziecką interwencją
militarną. Nie byłoby upadku europejskiego socjalizmu bez decyzji ówczesnego
węgierskiego premiera Imre Pozsgaya. Kazał on otworzyć granicę z Austrią,
umożliwiając tym samym obywatelom NRD swobodne przedostanie się do zachodniej
części Niemiec. Następstwem tego była likwidacja muru berlińskiego, co z kolei
ośmieliło Rumunów do likwidacji Çeauşescu. Europejski system socjalistyczny
znajdował się już wówczas w głębokim kryzysie. Dotyczył on zarówno
reformującego się ZSRR, zreformowanej Polski i Węgier, reformującej się
słownie Czechosłowacji i Bułgarii, odpornej na reformy Rumunii i NRD,
stalinowskiej Albanii i pozostającej nieco z boku Jugosławii. W ówczesnych
realiach nie było szans na utrzymanie starego systemu – nawet wówczas, gdyby
Wałęsa nie skakał przez płot, a polscy wyborcy nie głosowaliby tak,
a nie inaczej w dniu 4 czerwca.
Krajobraz porównawczy
przed obałką
PRL nie była państwem doskonałym. Drogi naprawcze były, jak
to z reguły bywa, dwie – reformowanie bądź likwidacja. Chiny wybrały tę
pierwszą drogę i mają obecnie najwyższe tempo wzrostu gospodarczego na
świecie. Polska poszła drogą likwidacji i od 20 lat grzęźnie w bagnie
permanentnego kryzysu. Ówczesna opozycja, która sama siebie nazwała
demokratyczną, ukuła dogmat o niereformowalności socjalizmu, wiedząc, że
nawet najbardziej demokratyczny socjalizm nie dałby im szansy na oddanie kraju
pod władanie kapitału, kościoła i Stanów Zjednoczonych. Tymczasem pod
koniec swego żywota socjalizm zaczął się coraz intensywniej cywilizować. Ludzie
dostali do ręki paszporty, praktycznie znikła cenzura – zwłaszcza w kierowanej
przez Urbana telewizji, gdzie w Studio Otwartym każdy mógł gadać, co
chciał.
W PRL ludziom żyło się różnie – niektórym bogato, innym
skromnie. Jednak nawet ludzie o skromnych dochodach mieli większe niż
obecnie poczucie bezpieczeństwa. Nie bano się utraty pracy, nie musiano godzić
się na upokarzający dyktat tzw. pracodawców. Nie obawiano się eksmisji z powodu
braku możliwości płacenia za czynsz ustalany w absurdalnie niebotycznej
wysokości przez potomków dawnych kamieniczników. Można by tu jeszcze wymienić
i inne niereformowalne dziwolągi, jak bezpłatny dostęp do nieurynkowionej
opieki lekarskiej i nauki – od podstawówki po studia doktoranckie, tanie
wczasy czy bezpłatne sanatoria. W zniewalającym obywateli państwie
zniewoleni obywatele czytali książki, a po cenzurowane gazety ustawiały
się kolejki. Dostatniej niż pracownikom aparatu partyjnego żyło się nie tylko
tzw. prywatnej inicjatywie, ale i rolnikom – mimo tego, że nie dostawali
dotacji z Unii Europejskiej. Wszystkie te czynniki w większym stopniu
niż możliwość tworzenia partii politycznych czy publiczna swoboda wypowiedzi
decydują o tym, co się nazywa jakością życia. Dotyczy bowiem większości
obywateli, a nie politycznie aktywnej opozycyjnej mniejszości.
Faktem jest i to, że jakość życia codziennego znacznie
się pogorszyła w 1980 r., co doprowadziło do strajków, a następnie
do powstania „Solidarności”. I wówczas rozpoczęła się gra pozorów.
Wierchuszka „Solidarności” udawała, że jest związkiem zawodowym, a nie
strukturą polityczną. Udawała, że dba o interesy społeczne, podczas gdy
doprowadziła do niekontrolowanego napływu pieniędzy na rynek, a w konsekwencji
do szalejącej inflacji i dalszego pogłębienia braków rynkowych. Sterujący
„S” polityczni doradcy nie rozszerzyli listy słynnych 21 postulatów o te
najważniejsze, jak – prywatyzacja i niszczenie gospodarki państwowej,
likwidacja spółdzielczości, wprowadzenie systemu gospodarczego tworzącego
bezrobocie i monstrualne nierówności społeczne, urynkowienie służby
zdrowia i innych usług publicznych, światopoglądowa dominacja kościoła
katolickiego, zwrot własności kamienicznikom, oddanie sektora finansowego we
władanie banków zagranicznych, przejście z Układu Warszawskiego do NATO.
Kamuflowanie rzeczywistych intencji, – czyli mówiąc po
ludzku: okłamywanie ludzi – weszło już tak głęboko w nawyk politykom
wywodzącym się z „S”, że kultywują tę praktykę do dnia dzisiejszego,
o czym świadczą ich publicznie wypowiadane enuncjacje. Oprócz kłamstw
rozpowszechnia się też mity. Jednym z nich jest mit wolnej i suwerennej
RP przeciwstawianej PRL zniewolonej przez Sowietów. Polska sprzed 20 lat
funkcjonowała w określonej konfiguracji politycznej. Jednak w porównaniu
z obecnie obserwowanym proamerykańskim wazeliniarstwem ówczesne władze
starały się bardziej dbać o interesy własnego kraju, choć nie wszystkie te
działania były publicznie eksponowane, jak np. ostre kłótnie między Gomułką
a Breżniewem podczas posiedzeń RWPG. Nieporównywalnie większy był
natomiast zakres suwerenności ekonomicznej. To nie Moskwa kazała nam utrzymywać
prywatne rolnictwo, handel czy rzemiosło, a w latach 80. zakładać firmy
polonijne. ZSRR miał zerowy udział w polskich przedsiębiorstwach
produkcyjnych i bankach. Nie narzucał – jak to czynił w pierwszych
latach tzw. transformacji Międzynarodowy Fundusz Walutowy – kierunków polityki
gospodarczej ani nie wymagał konsultowania budżetu. Przypomnijmy też, że
polskie władze nie zabiegały o ustanowienie na naszej ziemi nowych
radzieckich baz wojskowych ani też nie wspomagały ZSRR wysyłając żołnierzy do
Afganistanu.
Świętowanie klęsk
Rocznicę 4 czerwca powiązano z inną rocznicą – 1
września 1939 r., co jest na swój sposób logiczne. Jeżeli już świętujemy
narodowe klęski, to róbmy to ciurkiem, skoro już jesteśmy tacy masochiści.
Świętowanie to przybiera różne formy. Np. z okazji rocznicy wrześniowej ma
powstać nowa edycja „Przygód Romka, Tomka i Atomka”, którzy tym razem
biorą udział w Powstaniu Warszawskim. Pomysł ten wart jest kontynuacji
również w odniesieniu do świętowanego czerwca. Mógłby przecież powstać
komiks o tym, jak trzech chłopaków obala komunę. Albo jeszcze lepiej.
O tym, jak Romek obalił komunizm, Tomek obalił Romka, a Atomek obalił
flachę. Byłby to tzw. komiks z kluczem. Romek – to Wałęsa, Tomek –
Kaczyński, a Atomek to my wszyscy pozostali.
Drukuj
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |