1989 rok był nie tyle czasem triumfu demokracji, ile
zwycięskiego pochodu kapitalizmu na Wschód
Polskie życie publiczne w maju zdominowała awantura
wokół obchodów 20. rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 r. Rzecz jasna,
nie warto do niej wracać, tak jak nie warto było zawracać sobie nią głowy, gdy
rozpalała namiętności premiera, prezydenta, ministrów, opozycji, mediów i ojca
Zięby. Wydaje się jednak, że może ona wszystkim wyjść na dobre. W świetle
awantur oraz formy, jaką przyjęły obchody rocznicy „obalenia komunizmu”,
a wbrew organizatorom jednych i drugich, można było wreszcie zobaczyć
główny problem polskiej demokracji. Świętująca jej zwycięstwo klasa polityczna
wyartykułowała przejrzyste i jakże potrzebne przesłanie, pozwalające
lepiej zrozumieć zarówno dzisiejszą kondycję polskiego życia publicznego, jak
i historyczną owej kondycji genezę, tkwiącą w wydarzeniach sprzed
dwóch dekad. Co ważne, przesłanie to jest uniwersalne, bo odnosi się nie tylko
do znaczenia i konsekwencji kontraktowych wyborów w Polsce, ale także
do Jesieni Ludów, która kilka miesięcy potem ogarnęła inne kraje Bloku
Wschodniego.
Premier Donald Tusk miał rację uciekając z oficjalnymi
obchodami z robotniczego Gdańska do królewskiego Krakowa. Nie ma co
ukrywać – dzisiejszym polskim elitom znacznie bliżej na Wawel niż do stoczni.
Feudalny splendor królewskiego zamku doskonale komponuje się z wizją
świata społecznego podzielaną przez większość przedstawicieli polskiej klasy
politycznej wszelkich opcji i odcieni. Platforma Obywatelska jest jedynie
najdoskonalszym wcieleniem tej wizji. Nie można tego natomiast powiedzieć
o przemysłowym krajobrazie okolic gdańskiej stoczni, która dotąd była
jeszcze tolerowana w symbolicznym imaginarium polityki III RP, ale pod
warunkiem, że grała rolę martwego symbolu „narodowego zrywu”, starannie
oczyszczonego z wszelkich odniesień współczesnych czy społecznych na
podobieństwo bitwy pod Grunwaldem czy Powstania Kościuszkowskiego. Tego właśnie
nie mogli zrozumieć sami stoczniowcy, przez lata uparcie kalający podniosłą
atmosferę ogólnonarodowych akademii „ku czci” zabłoconymi buciorami swych
klasowych interesów. I właśnie za to zostali wreszcie ukarani.
Populistyczne gesty prezydenta i bezkrytycznie
drepczącej za PiS-em „Solidarności”, która lepiej odnajduje się w organizacji
mszy niż demonstracji i strajków, nic tu nie zmienią. Można w nich
widzieć co najwyżej żałosne próby zasłonięcia smutnej prawdy o naturze
„zwycięstwa sprzed 20 lat”. Tej prawdy, której ujawnienie zawdzięczamy
niezastąpionemu wyczuciu i intuicji premiera Tuska.
Wawelskie obchody bardzo dobrze ukazały fałszywość
oficjalnego dyskursu na temat „obalenia komunizmu”. I nie chodzi tu tylko
o to, że żadnego obalenia nie było, bo komuniści podzielili się władzą
sami i sami ją w konsekwencji oddali (polska opozycja po stanie
wojennym i późniejszej „normalizacji” była po prostu za słaba na
jakiekolwiek obalanie). Chodzi przede wszystkim o to, że rok 1989 był nie
tyle czasem triumfu demokracji, ile zwycięskiego pochodu kapitalizmu na Wschód.
Nawet tam, gdzie wydarzenia przybrały postać do złudzenia przypominającą
rewolucję – w Czechosłowacji, NRD czy Rumunii –wiwatujące tłumy nie były
żadnym podmiotem społecznej zmiany, ale zaledwie gromadą statystów robiących za
tło w wielkim spektaklu restauracji kapitalizmu. Dziś można się oczywiście
zżymać, że ze święta wolności wyklucza się nie tylko całą grupę społeczną,
przypadkowo najbardziej zasłużoną w walce o demokrację, ale też, przy
okazji, dyskredytuje najważniejsze owej wolności zdobycze (jak prawo do
demonstracji, strajku czy po prostu artykulacji swojej niezgody na politykę
rządzących). Nie zmienia to faktu, że owo wykluczenie doskonale oddaje
prawdziwą, społeczno-ekonomiczną treść zmian sprzed 20 lat.
Restauracja kapitalizmu była bowiem triumfem logiki
przekształcania wszystkich dziedzin życia społecznego w przestrzeń
waloryzacji kapitału – logiki nie dającej się pogodzić z logiką
demokratycznego samostanowienia. Dlatego właśnie prawdziwa walka o demokrację
w 1989 r. i w latach późniejszych toczyła się nie przy okrągłym
stole, sejmie czy zaciszach gabinetów, w których Jeffrey Sachs wykładał
Leszkowi Balcerowiczowi tajniki „koniecznych reform”, ale na ulicach i w zakładach.
Tam, gdzie pracownicy odmawiali podporządkowania się „niewidzialnej ręce rynku”
i poświęcenia dla niej swych zdobytych ciężką walką praw i aspiracji.
Tam, gdzie instynktownie odrzucano neoliberalną retorykę zaciskania pasa
i fałszywe obietnice ekonomii trickle down. Tam wreszcie, gdzie usiłowano
ożywić samorządowy projekt pierwszej „Solidarności”, domagający się
demokratyzacji sfery ekonomicznej (czyli sfery materialnego wytwarzania
społeczeństwa), z której kapitalizm czyni obszar władzy absolutnej
pracodawców.
W roku 1989 demokracja była tylko smakowitą przystawką,
prawdziwe danie nazywało się kapitalizm i miało postać gorzkiej tabletki
zaordynowanej społeczeństwom Europy Wschodniej w ramach serii terapii
szokowych podyktowanych przez uczniów Miltona Friedmana i urzędników
Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
To właśnie szokowa forma restauracji narzuciła ewolucję
polityczną całemu regionowi i ona w dużej mierze odpowiada za
tutejszy chroniczny deficyt demokracji. Ekonomiczny regres ogromnej większości
społeczeństw, przede wszystkim klas pracujących, skutecznie sparaliżował
oddolną inicjatywę i solidarność, zmuszając ludzi do indywidualnej walki
o przetrwanie (często przeciw sobie nawzajem), a frustracje
kanalizując w prawicowe resentymenty. Demokratyczne marzenia mas dosłownie
utonęły w oceanie biedy i niepewności. W Polsce, destabilizacji
ekonomicznej i socjalnej wywołanej gwałtowną pauperyzacją, rosnącymi
nierównościami i dwucyfrowym bezrobociem towarzyszyła dezorientacja
polityczna ofiar transformacji. Osłabiła ona skuteczność, a przede wszystkim
stępiła polityczne ostrze potężnych antyprywatyzacyjnych protestów początku lat
90. Wielka fala strajków i demonstracji lat 1991–1993 nie wyłoniła
alternatywy dla kapitalizmu, a jedynie wyniosła do władzy postkomunistów
z SLD. Niemniej to właśnie ówczesna, zapomniana dziś konfrontacja
powstrzymała tempo prywatyzacji i neoliberalnych dostosowań forsowanych
przez pierwsze niekomunistyczne rządy. To opór robotników uratował III RP przed
podzieleniem losu Rosji, gdzie społeczne protesty utopiono we krwi (podczas
puczu Jelcyna i neoliberałów w 1993 r.), a totalna
liberalizacja (czytaj: oligarchiczny skok na kasę państwową) wepchnęła kraj na
krawędź katastrofy cywilizacyjnej. I to było chyba jedyne prawdziwe
zwycięstwo polskiej demokracji w czasach restauracji kapitalizmu.
Niestety, w obliczu dokonanych już wcześniej spustoszeń społecznych, nie
pociągnęło za sobą odrodzenia, konsolidacji oraz politycznej krystalizacji
ruchu pracowniczego. Poza pewnymi wyjątkami, jego dezorientacja trwa do dziś.
Klęska, jaką w 1989 r. poniosła demokracja w starciu
z neoliberalnym kapitalizmem leży u podstaw alienacji polskiej sceny
politycznej, słabości ruchów społecznych i braku masowej kultury
demokratycznej, wyrażającej się w przekonaniu, że „razem możemy coś
zrobić”. Bez tego zaś polska demokracja pozostaje tylko fasadą partykularyzmu
neoliberalnej oligarchii.
Autor jest redaktorem naczelnym polskiej edycji miesięcznika
„Le Monde Diplomatique”.
Drukuj
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |